logo Satyrykonu link do strony logo BIP link do strony
logo Letniej Akademii Filmowej link do strony Logo Legnicy Cantat
O Nas     Kalendarium     Działalność     Zajęcia     Przetwarzanie danych osobowych
baner

Artur Andrus wyznał, że Legnicę lubi za ludzi. A co jeszcze opowiedział nam o sobie?


Pierwszy raz przyjechał do Legnicy jakieś 20 lat temu. Miał tu poprowadzić bal, ale wypalił z takim toastem, że… dyplomatycznie odebrano mu mikrofon. Kolejne wizyty w Legnicy to już dla niego Satyrykon. Ogromnie go polubił! Przede wszystkim za cudną publiczność.
Oto ARTUR ANDRUS od kulis.

Pamięta pan swój pierwszy pobyt w Legnicy?

- Mam wyjątkowo kiepską pamięć do tego, kiedy coś się zaczęło i ile razy się wydarzyło, ale kojarzę, że to musiało być jakieś 20 lat temu. Przyjechałem wtedy do Legnicy, ponieważ zatrudniono mnie do prowadzenia balu lekarzy i prawników. Rozpocząłem go dość oryginalnym toastem, zacytuję dokładnie:
"Bawcie się dobrze i zaprzyjaźniajcie, bo w końcu każdy prawnik będzie kiedyś potrzebował lekarza, a każdy lekarz prawnika". I po tym toaście podejrzanie szybko przybiegła do mnie pani od organizatorów, odebrała mi mikrofon i powiedziała, że dalszą część balu poprowadzi zespół muzyczny…. Tym niewątpliwie spektakularnym sukcesem konferansjera zadebiutowałem w Legnicy.

A potem zaczął pan przyjeżdżać tu na Satyrykon i bardzo to polubił. W tym roku nawet z festiwalu w Opolu wcześniej pan wyjechał, aby być na Satyrykonie. Co pana w nim tak ujmuje?
- Ludzie. Publiczność, która przychodzi oglądać wydarzenia w których występuję, lub które prowadzę. Ich ciepłe reakcje, zawsze bardzo miłe i sympatyczne przyjęcie. W innych miejscach - szczególnie na takich dużych, typowo kabaretowych imprezach - zdarza się, że ludzie zasiadają na widowni z nastawieniem: "No to nas bawcie... Czekamy". A w Legnicy zawsze przychodzą z nastawieniem: "To bawmy się! Bawmy się nawzajem"! I to jest dla mnie bardzo, bardzo miłe. Publiczność bywa przecież różna. Pamiętam, jak podczas jednego występów gdzieś w Polsce wyszedłem na scenę i nie zdążyłem nawet powiedzieć "Dobry wieczór państwu", a już ujrzałem na ławce w pierwszym rzędzie dwóch smacznie śpiących, mocno upojonych panów. A kolejka następnych chętnych po piwo, co dostrzegłem ze sceny, była hen, hen dłuuuuga. - No to pięknie - pomyślałem. - Przecież ta cała reszta też pewnie zaraz pośnie… Na szczęście tak się nie stało, ale i tak nie był to najłatwiejszy występ w moim życiu. Zdarza się też, że staję przed publicznością, od której wprost zionie nieufnością. Niemal słyszę te pełne niedowierzania myśli: "Zobaczymy, zobaczymy, czy uda się nas rozśmieszyć". A w Legnicy zawsze, już od pierwszych chwil występu, dostaję od ludzi taki miły kredyt zaufania. I za to ogromnie lubię legnicką publiczność! To ona powoduje, że Satyrykon jest naprawdę lubianym przeze mnie miejscem do występowania.

Ulubionym?
- No tak.... Wiem, że wazelina procentuje i mam świadomość, co powinien teraz odpowiedzieć. Ale może wybrnę z tego tak: Satyrykon jest jednym z moich ulubionych miejsc występów. Za to przyznam, że czegoś mnie nauczył. Przed laty, zanim zobaczyłem Satyrykon na własne oczy, dużo o nim słyszałem. Ale jakoś mnie nie pociągał, bo kojarzył mi się z rysunkami satyrycznymi. A ja nie dość, że rysować nie potrafię i nie dość, że ta dziedzina satyry jest w ogóle mało znana w środowisku kabaretowym, to ja w dodatku zawsze miałem tak, że rysunki satyryczne owszem, podobały mi się, ale i tak najbardziej interesowały mnie w nich… chmurki z napisami. Do samych rysunków jakoś mniej mnie ciągnęło niż do tych chmurek. Dlatego raczej nie przyjechałbym w tamtym czasie do Legnicy prywatnie, aby te rysunki oglądać. Ale gdy zaproszono mnie na Satyrykon zawodowo i zobaczyłem nadsyłane z całego świata prace, różne wystawy, to dopiero wtedy odkryłem, że rysunki bez chmurek też mogą być niesamowite!


W którym momencie życia zauważył pan, że jest zabawny? Od dziecka rozśmieszał pan rodziców?
- Dzieckiem byłem raczej nudnawym, a jak zdarzyło mi się troszkę poszaleć, to rodzice od razu mówili, żebym się przestał wygłupiać. I proszę mi uwierzyć, że ja przez całe dotychczasowe życie staram się słuchać tej ich rady! W sumie sam nie wiem, czy jestem zabawny, ale zawsze postępuję według jednej, żelaznej reguły: opowiadam ludziom tylko i wyłącznie to, co mnie samego rozśmiesza. Mam bowiem nadzieję, że skoro mnie coś śmieszy, to może znajdzie się jeszcze kilka osób, które to też rozbawi. Dlatego nigdy jeszcze nie wyszedłem na scenę z czymś, co dla mnie samego nie byłoby wesołe. A czy miałem jakiś przełomowy moment w życiu, w którym pomyślałem: "Ale jestem zabawny"? Nie wiem... Natomiast pamiętam, że duże wrażenie wywarły na mnie słowa pewnej pani, która podeszła do mnie po jednym z występów. Patrząc mi prosto w oczy powiedziała: "Pan jest normalnie taki śmieszny jak... pies"! Uznałem to za komplement nie tylko dlatego, że bardzo kocham psy. Dotarło bowiem do mnie, że skoro doszedłem do takiego poziomu, aby być śmiesznym jak pies, to już chyba musi być artystyczna dojrzałość! Wprawdzie koledzy naśmiewali się potem, że pewnie nie dałem pani dokończyć, bo ona zapewne chciała powiedzieć, że jestem śmieszny jak pies ogrodnika, co to sam się nie zaśmieje i innym nie da.... Ale kto by ich tam słuchał.

A zdarza się czasem, że jest pan nieśmieszny?
- Wyznaję taką zasadę, że nie można cały czas szczerzyć się do życia, bo się w końcu w te wyszczerzone zęby od życia dostanie. Tak więc od czasu do czasu staram się zachować jakiś umiar w cieszeniu się. Także po to, aby nie zacieszyć się na śmierć.

Rozmawiała: Edyta Golisz

fot: Wojciech Obremski, lca.pl

Wywiad ukazał się w najnowszym numerze miesięcznika Legnica.eu



Źródło: ego   2013-07-19


 

   Dzieje się





reklama Galerii Piastów
logotyp sieci hoteli Qubus
logo LPWIK
logotyp radio taxi Wicar
logotyp KGHM
logotyp MPK Legnica
logotyp Footbal Academy


 
                   


© Legnickie Centrum Kultury 2003-2019   tel. 76 723-37-00   e-mail: lck@lck.art.pl