logo Satyrykonu link do strony logo BIP link do strony
logo Letniej Akademii Filmowej link do strony Logo Legnicy Cantat
O Nas     Kalendarium     Działalność     Zajęcia     Przetwarzanie danych osobowych
baner

Dlaczego małpa jest na literę U?


Jednym z wykładowców tegorocznej, 21. Legnickiej Akademii Filmowej będzie - tradycyjnie już - pan Stanisław Lenartowicz. To współtwórca polskiej wersji "Ulicy Sezamkowej" oraz wybitny spec od efektów specjalnych. Co ciekawe, pan Stanisław robił niesamowite efekty w filmach w czasach, kiedy o komputerach nikt jeszcze nie słyszał. Jego "komputerem" była własna wyobraźnia. Na przykład efekty specjalne w kultowym filmie fantasy dla młodzieży "Przyjaciel wesołego diabła", w którym zagrał m.in. Franciszek Pieczka, są autorstwa Stanisława Lenartowicza. Otrzymał za nie wiele ważnych nagród.
Legnicka Akademia Filmowa jest naprawdę dumna, że ma takiego wykładowcę. Tym bardziej, że od 12 lat Stanisław Lenartowicz przyjeżdża na każde warsztaty. A jego cierpliwość dla uczestników i niezwykłe poczucie humoru powodują, że jest prawdziwym dobrym duchem LAF. I w tym przypadku słowo "duch" nie ma nic wspólnego z efektami specjalnymi!

Oto ciekawy wywiad ze Stanisławem Lenartowiczem, który ukazał się w książce "I LAF animowany świat" Edyty Golisz.
Zapraszamy do lektury!


Lubi Pan przyjeżdżać na LAF do Legnicy?
- Bardzo! Uważam te warsztaty za unikatowe, w skali co najmniej naszego kraju. Bywam na różnych warsztatach, z nazwy niby podobnych do tych w Legnicy, ale poziomem nie mogą się zupełnie równać do LAF. W Legnicy uczestnicy, głównie dzieci, wszystko robią samodzielnie: od stworzenia scenariusza, zrobienia postaci, przez animację, filmowanie, montaż, wykonanie dekoracji i udźwiękowienie. To naprawdę uczy robienia filmów, zaszczepia zainteresowanie. Młodzi ludzie pracują pod okiem wybitnych filmowców i nie mówię tu akurat o sobie. Lubię także przyjeżdżać do Legnicy, ponieważ czerpię mnóstwo dobrej energii od uczestników. Oni ciągle mnie czymś zaskakują. Ciągle ktoś czegoś ode mnie chce, biegam, pomagam, wymyślam, panuje tu niezły "młyn", twórcze zamieszanie, czasem radość, czasem nerwy, ale życie aż kipi i daje to wszystkim wiele satysfakcji.

Jest Pan znany jako "ojciec" polskiej wersji "Ulicy Sezamkowej".
- Ojcem tego przedsięwzięcia nazwałbym raczej Macieja Kosińskiego z firmy Euromedia, ponieważ to właśnie on zorganizował w latach 90. zespół fachowców, który miał pracować nad "Sezamkową". Ja również znalazłem się w tym zespole - byłem odpowiedzialny za całość animacji.
W USA "Ulica Sezamkowa" powstała po to, aby wyrównywać szanse edukacyjne dzieci pochodzących z różnych środowisk. Szybko stała się popularna na świecie, także w Polsce. Praca nad naszą wersją "Ulicy Sezamkowej" była nie lada wyzwaniem. W ciągu 30, a czasem nawet 10 sekund, trzeba było przedstawić sens całej myśli przewodniej odcinka. Czasu na realizację było niewiele, a Amerykanie chcieli mieć nad wszystkim pieczę, więc musieliśmy ustalać z nimi każdy szczegół. Scenopisy krążyły tam i z powrotem. A dzielą nas przecież różnice kulturowe, które czasem nieźle utrudniały precyzyjną komunikację. Pamiętam scenkę o literce "o". Była w niej opona, wokół której latała osa. W pewnym momencie osa użądliła oponę i w ten sposób z dużego "O" zrobiło się małe "o". Pomysłowy, jasny dla dzieci przekaz. Amerykanie jednak nie chcieli się na tę scenkę zgodzić, bowiem według ich standardów użądlenie opony przez osę jest… aktem przemocy. Nieraz musiałem wykazywać się nie lada refleksem, aby wytłumaczyć nasze pomysły. Do literki "U" wymyśliliśmy małpkę, która podskakuje na trampolinie i przy każdym odbiciu  mruczy sobie: "u,u,u". W końcu zeskakuje z trampoliny, a ta układa się w dużą literę "U". Wszystko im się podobało, tylko za nic nie mogli zrozumieć, co to zwierzątko ma wspólnego z literą "U", skoro słowo "małpka" jest na literę "m"...
- Bo ta małpa ma na imię Urszula! - wypaliłem, bo nic lepszego nie przyszło mi do głowy. To wymyślone na poczekaniu wytłumaczenie okazało się dla amerykańskich twórców świetnym argumentem. Odcinek został zaakceptowany (śmiech).


Jest Pan prawdziwym magikiem od efektów specjalnych. Odnosił Pan spektakularne sukcesy w czasach, kiedy nie było komputerów, bez których dziś trudno sobie w ogóle wyobrazić pracę w tej dziedzinie.
- Rzeczywiście, trzeba było sobie radzić bez komputera. Miałem do dyspozycji służący do robienia efektów specjalnych tzw. reprojektor, taśmę filmową i… własną wyobraźnię. Ona była najważniejsza, bo przecież efektów pracy na taśmie filmowej nie widać na bieżąco - tak jak w dzisiejszych czasach na monitorze komputera. Pomysł na realizację danego efektu specjalnego musiał być więc przede wszystkim w głowie twórcy. Było w Polsce zaledwie kilku specjalistów w tej dziedzinie. Nikt nikogo w tamtych czasach w tym kierunku nie kształcił. Ja do wielu rozwiązań dochodziłem zupełnie sam. Pamiętam pracę przy polsko - fińskim serialu dla młodzieży "Plecak pełen przygód" w reżyserii Janusza Dymka, w którym grali m.in. Adam Siemion, Maciej Orłoś, Artur Barciś czy Henryk Bista. Zajmowałem się tam robieniem efektów specjalnych. A jeden efekt miałem… bardzo specjalny, i to nieoczekiwanie. Otóż była w filmie taka scena, w której głównego bohatera, 10 - letniego chłopca, goni w nocy, w lesie, stado wilków. Tę scenę polska ekipa realizowała w Finlandii. To było całe przedsięwzięcie: zdjęcia kręcono nocą, do roli wilków specjalnie wypożyczono duże psy - wilczury, które puszczano, aby biegały przed kamerą. Ekipa wróciła z Finlandii zadowolona. Tyle, że gdy dokładnie obejrzeliśmy tę scenę okazało się, że "dzikie wilki" mają na szyjach… kolczatki! Realizatorzy zapomnieli zdjąć psom obroże… Powstał nie lada problem. Powtarzanie całego przedsięwzięcia w Finlandii byłoby zbyt kosztowne. Pomyślałem chwilę i zdecydowałem, że podejmę się tego niełatwego zadania. Efekt jest taki, że w filmie wilki nie błyskają kolczatkami…

Jak Pan to zrobił?
- Normalnie, zdjąłem im je (śmiech). A na poważnie - wykorzystałem możliwości, które daje animacja, choć film był przecież fabularny. Korzystając z możliwości animacyjnych wykasowałem to, czego być nie powinno i zmieniłem co trzeba. Proszę obejrzeć film i zobaczyć, czy widać, że część biegnących wilków wcale nie jest prawdziwa, tylko… animowana. Nie widać! (śmiech).


*Stanisław Lenartowicz - reżyser, scenarzysta, scenograf, animator. Absolwent PWSFTViT w Łodzi - wydziału reżyserii. Zrealizował ponad czterdzieści filmów w różnych gatunkach,  w większości autorskich,  stosując  techniki  eksperymentalne. Opracowywał i realizował  efekty specjalne  do  filmów  fabularnych. Także reżyser  i scenarzysta  widowisk telewizyjnych i  programów  poetyckich. Współpracował przez wiele lat m.in. z Wandą Chotomską, znana pisarką dla dzieci. Jest laureatem m.in.  Nagrody  II  Stopnia  Ministra  Kultury i Sztuki za całokształt  twórczości oraz  Złotego Medalu " Zasłużony Kulturze Gloria Artis".
 



Źródło: ego   2013-07-31


 

   Dzieje się





reklama Galerii Piastów
logotyp sieci hoteli Qubus
logo LPWIK
logotyp radio taxi Wicar
logotyp KGHM
logotyp MPK Legnica
logotyp Footbal Academy


 
                   


© Legnickie Centrum Kultury 2003-2019   tel. 76 723-37-00   e-mail: lck@lck.art.pl